Czy amerykańska kultura napiwków rozprzestrzenia się po świecie?

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images
- Autor, Suzanne Bearne
- Stanowisko, Reporterka ds. biznesu
- Data publikacji
- Czas czytania: 6 min
W mediach społecznościowych - i nie tylko - ponownie rozgorzała debata na temat amerykańskiej kultury napiwków. Szeroko komentowane są posty kelnerów oburzonych niewystarczającą hojnością klientów.
Czy rosnąca presja, by dawać napiwki – i to wysokie – zaczyna rozprzestrzeniać się po świecie?
Lillian Price uważa, że amerykańska kultura napiwków „wymknęła się spod kontroli". „To zbyt wiele," mówi.
„Możesz po prostu kupić coś na wynos, a mimo to obsługa oczekuje napiwku," mówi Price, która mieszka w Filadelfii i opiekuje się zwierzętami.
Price, mówi że w restauracjach z obsługą kelnerską zostawia napiwek w wysokości 15%. Dodaje: „Jeśli w danym miejscu jest obsługa, nie ma problemu. Jednak nie rozumiem, dlaczego trzeba dawać napiwek w innych miejscach, a co gorsza, dlaczego jest oczekiwany. Chodzi tu o każdą drobnostkę."
Wiele osób uznałoby 15-procentowy napiwek za hojny. Jednak w wielu amerykańskich miastach Price mogłaby spotkać się z chłodną reakcją obsługi. W Nowym Jorku, Bostonie, Los Angeles i Chicago kelnerzy coraz częściej oczekują napiwku w wysokości co najmniej 20%.
Kate Santos, kelnerka w barze Sanger Hall w nowojorskiej dzielnicy Queens, mówi, że napiwki stanowią istotną część jej dochodów.
„Kelnerzy w Nowym Jorku zarabiają 11 dolarów (40 złotych) za godzinę, więc moja pensja składa się w zasadzie z napiwków," mówi. „Jeśli ludzie nie dają napiwków, to dla mnie zły dzień. W Nowym Jorku obowiązuje niepisana zasada, że napiwek wynosi co najmniej 20%. Jeśli jest mniejszy, ludzie uważają to za coś okropnego".

Źródło zdjęcia, Kate Santos
Choć w USA dawanie napiwków jest powszechne, w oddalonej o 3220 km Islandii ta praktyka jeszcze niedawno nie istniała. Sytuacja zmienia się głównie ze względu na przypływ amerykańskich turystów.
Według oficjalnych islandzkich danych kraj odwiedziło w ubiegłym roku ponad 660 tys. Amerykanów. (Dla porównania, w 2010 roku było ich niecałe 51 tys.) Wielu z nich nie ma zamiaru zmieniać znanych z ojczyzny zwyczajów.
Według rzeczniczki Efling Union - drugiego co do wielkości związku zawodowego w Islandii - to dlatego wiele restauracji w kraju pyta dziś klientów, czy chcą zostawić napiwek. Rzeczniczka dodaje, że miejscowi przyjmują to z niechęcią.
„W Islandii nie ma zwyczaju dawania napiwków. Konsensus społeczny od dawna głosi, że pracodawcy są zobowiązani godziwie płacić pracownikom".
„Jednak turyści z USA spodziewają się, że [także w Islandii] zwyczajowe będzie dawanie napiwków. Robią to też turyści z innych krajów. Ponadto niektóre terminale płatnicze domyślnie wyświetlają dziś prośbę o napiwek."
Rzeczniczka dodaje: „Ogólnie rzecz biorąc, sami Islandczycy są tym zirytowani. Nie uważają za rozsądne dopłacanie do i tak już drogich usług, choćby przy zakupie drinka w barze".
Podobna sytuacja ma miejsce w Meksyku, gdzie obecnie mieszkam. Miejscowi obwiniają turystów z USA o eksport kultury napiwków.
W Wielkiej Brytanii wiele restauracji podwyższa opłaty za obsługę, jak mówi konsultantka ds. gastronomii Lisa Harris.
„Widzimy niewielki wzrost z 12,5% do 15%," mówi Harris. „Przy ogólnym wzroście kosztów utrzymania nie jest zaskoczeniem, że napiwki też podlegają inflacji".
Harris twierdzi, że trend ten jest bardziej widoczny w restauracjach z wyższej półki.
„Napiwki trafiają bezpośrednio do pracowników. Dlatego restauracje wykorzystują je jako sposób na podwyższenie wynagrodzeń bez ponoszenia dodatkowych kosztów" i podnoszenia formalnych płac, mówi Harris.
„Brytyjska branża hotelarska i gastronomiczna jest w fatalnej sytuacji. Właściciele restauracji borykają się z podatkiem VAT, podwyżkami płacy minimalnej, ubezpieczeniami i rosnącymi rachunkami za żywność i media."
„Do tego ludzie rzadziej jedzą poza domem. Nic dziwnego, że [restauratorzy] sięgają po napiwki, by zrównoważyć budżet".
Michael Lynn jest autorem książki The Psychology of Tipping [ang. Psychologia napiwków]. Bada też marketing i zachowania konsumentów na Uniwersytecie Cornell w stanie Nowy Jork.
Twierdzi, że globalny wzrost popularności napiwków wynika z upowszechnienia się terminali płatniczych, które coraz częściej zachęcają klientów do dodatkowych opłat.
Liczba brytyjskich kawiarni i restauracji stosujących takie terminale wzrosła w latach 2022-2024 o 78% - jak poinformowała BBC firma SumUp, jeden z ich producentów.

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images
W USA napiwki mają dla obsługi kluczowe znaczenie. To ze względu na sięgające 1938 roku federalne przepisy o płacy minimalnej. Zgodnie z prawem jest ona niższa w przypadku pracowników otrzymujących napiwki.
Choć federalna płaca minimalna wynosi obecnie 7,25 dolara (około 26,40 złotych) za godzinę, w przypadku obsługi restauracyjnej kwota ta spada do zaledwie 2,13 dolara (około 7,80 złotych).
Dlatego - choć poszczególne stany mają prawo zobowiązać restauratorów do płacenia pracownikom więcej - amerykański rząd postrzega napiwki jako główną składową ich dochodów.
Kelnerzy w całym kraju wydają się mieć podobne zdanie. Niektórzy narzekają, jeśli uznają, że napiwek nie był wystarczający.
W grudniu 2025 r. amerykański magazyn Newsweek opisał przypadek mężczyzny, który opublikował na portalu Threads notatkę otrzymaną od kelnerki: „Naucz się dawać napiwki. Nie jest moim obowiązkiem obsługiwać cię za darmo".
Jego post zebrał ponad 4,5 milionów wyświetleń.
W osobnym poście z listopada amerykańska kelnerka skarżyła się na platformie X, że czteroosobowa grupa, która wydała na posiłek 3 tys. dolarów, zostawiła jej jedynie 200 dolarów - czyli 6.7% - napiwku.
Napiwki są w USA tak gorącym tematem, że podczas wyborów prezydenckich w 2024 r. zarówno Donald Trump, jak i Kamala Harris zobowiązali się do obniżenia podatku, jaki muszą płacić utrzymujące się z nich osoby.
W rezultacie w lipcu 2025 r. Trump podpisał ustawę, która umożliwia tym pracownikom odliczenie od rocznego federalnego podatku dochodowego kwoty równej otrzymanym w danym roku napiwkom, nieprzewyższającej 25 tys. dolarów (około 91 tys. złotych).

Źródło zdjęcia, Getty Images
Santos, kelnerka z Nowego Jorku, mówi, że ciężko pracuje na napiwki. „Jako obsługa zapewniamy przestrzeń, tworzymy lub psujemy atmosferę. Mamy do wykonania mnóstwo zadań: dbamy, by wszyscy byli zadowoleni, uzupełniamy napoje. To duży wysiłek, którego ludzie nie doceniają".
Czy wolałaby, by amerykańskie bary i restauracje podniosły pensje, a napiwki stały się mniej potrzebne?
„Podoba mi się obecny system," mówi Santos. „Gdy pada śnieg, przydałaby się stała pensja, bo [klienci] nie chcą wychodzić z domu. Jednak latem wszystko się wyrównuje".
Dodaje, że czasami dostaje ogromne napiwki. „Raz dostałam 100 dolarów napiwku przy rachunku na 70 dolarów. To naprawdę miłe - i nigdy nie wiadomo, kiedy może się zdarzyć".
Tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu użyto narzędzi AI, w ramach projektu pilotażowego.
Edycja: Joanna Kozłowska













