Popyt na kokainę utrudnia kolumbijskim rolnikom odejście od upraw koki

Perea, hodowca koki ze środkowej Kolumbii, stoi wśród swoich roślin. Za nim widać drewniany budynek, przed którym rozwieszono rząd zielonych płacht
Podpis zdjęcia, Perea, kolumbijski hodowca koki, chciał przejść na uprawę legalnych roślin z pomocą rządowego programu. Mówi jednak, że nie otrzymał wystarczającego wsparcia
    • Autor, Catherine Ellis
    • Stanowisko, Reporterka ds. biznesu
    • Relacja z, Meta, Kolumbia
  • Data publikacji
  • Czas czytania: 5 min

Gdy Perea zaprzestał hodowli koki – używanej w produkcji kokainy – przysiągł, że nigdy więcej nie będzie jej sadził.

Wyrwał krzewy porastające jego niewielką farmę w odległym zakątku kolumbijskiego regionu Meta, do której można dotrzeć wyłącznie rzeką. Zastąpił je legalnymi uprawami, w tym maniokiem i platanami.

Jak tysiące innych rolników Perea przystąpił do rządowego programu zastępowania upraw, mającego pomoc im odejść od koki.

Mówi jednak, że znaczna część obiecanej pomocy nigdy do niego nie dotarła. Brak dróg i powtarzające się powodzie utrudniały mu też sprzedaż plonów.

W 2024 roku, rozczarowany, Perea wrócił do uprawy koki.

„To tragedia," powiedział BBC. „Ale jeśli masz dzieci i nie masz pracy, jaki zostaje ci wybór?".

Rdzenne społeczności Ameryki Łacińskiej uprawiają kokę od wieków. Z jej liści przygotowują herbaty, napary i lekarstwa.

Jednak obecnie większość zbiorów koki jest przetwarzana na kokainę. Szacuje się, że 70% światowej podaży tego narkotyku pochodzi z Kolumbii.

„W porównaniu z innymi uprawami koka ma kilka istotnych zalet," mówi Lucas Marín Llanes, kolumbijski badacz ekosystemu koki i programów substytucji.

„Zbiory przebiegają szybko – rolnicy mogą uzyskać trzy lub cztery rocznie. Koka jest łatwa w transporcie, a rolnicy wiedzą, jaką cenę otrzymają".

Badania Marína Llanesa pokazują, że uprawa koki może też pobudzać lokalną gospodarkę. W latach 2014-2019 zwiększyła PKB niektórych kolumbijskich rejonów nawet o 10%.

Programy zastępowania upraw miały pomóc kolumbijskim hodowcom koki znaleźć legalne źródła utrzymania.

Jednak areał upraw koki osiągnął dziś w Kolumbii rekordowy poziom ponad 250 tys. hektarów. Wielu rolników mówi, że rządowe programy substytucji ich zawiodły.

Zbliżenie na dłoń mężczyzny trzymającego garść liści koki
Podpis zdjęcia, Liście koki są wykorzystywane do produkcji kokainy

Elena Hernández przeprowadziła się do regionu Guaviare, gdzie uprawia się kokę, podczas boomu gospodarczego lat 90. Kusiły ją lepsze zarobki.

„Wtedy było więcej pieniędzy – było to widać wszędzie," mówi. „Udało mi się zaoszczędzić i kupić mały dom".

Jednak przemysł kokainowy niósł ze sobą również przemoc i niebezpieczeństwo. O kontrolę nad branżą walczyły zbrojne ugrupowania, a rząd próbował ograniczyć produkcję przez ręczne niszczenie upraw, opryski z powietrza i aresztowania.

Działania władz pozbawiały rolników dochodów, ale nie zdołały wyeliminować hodowli koki.

Gdy w 2017 roku wprowadzono ogólnokrajowy program zastępowania upraw, Hernández chętnie się do niego zgłosiła. Dołączyła do około 100 tys. gospodarstw, którym obiecano wsparcie finansowe w zamian za odejście od koki.

Każde z gospodarstw miało w ciągu dwóch lat otrzymać 36 mln peso kolumbijskich (około 42,650 złotych).

„Wydawało nam się, że to bardzo obiecujące dla rozwoju naszego regionu," mówi Hernández.

Krajowy Kompleksowy Program Zastępowania Nielegalnych Upraw (PNIS) był owocem porozumienia pokojowego z 2016 roku, zawartego między rządem a FARC - największą grupą partyzancką w Kolumbii.

W zamian za rezygnację z koki rolnicy mieli otrzymać wsparcie techniczne, w tym pomoc agronomów, i porady dotyczące gospodarki glebowej.

Choć podobne programy istniały już wcześniej, ich skala była ograniczona. PNIS był jak dotąd najbardziej ambitną inicjatywą – i początkowo wydawał się skuteczny.

W niektórych częściach regionów Meta i Guaviare pola koki zastępowano drzewami cytrynowymi, uprawami bananów i hodowlami bydła.

Nie oznacza to jednak, że miejscowi uznają program za sukces.

„Rząd nie wykazał się dużym zaangażowaniem wobec nas, rolników. Byliśmy źle traktowani," wyjaśnia Hernández. Mówi, że problemy pojawiły się już na samym początku.

Płatności były opóźnione, a wsparcie techniczne często nie docierało do społeczności - w dużej mierze wskutek słabej obecności państwa na obszarach wiejskich i ograniczonej koordynacji między rządowymi agencjami.

W miarę zmiany priorytetów politycznych tempo realizacji programu osłabło.

Iván Duque, który został prezydentem Kolumbii w 2018 roku, skoncentrował działania rządu na strategiach bezpieczeństwa i zwalczania upraw koki.

Gdy w 2022 roku urząd objął obecny prezydent Gustavo Petro, program PNIS miał opóźnienia i z trudem docierał do grup docelowych.

Niektórzy rolnicy mówią, że odnotowali poprawę sytuacji. Doralba Bejarano z Puerto Rico, w południowej części regionu Meta, mówi, że wstrzymane wsparcie zaczęło po jakimś czasie płynąć ponownie.

„Przed rozpoczęciem programu byliśmy przerażeni," opowiada. „Musieliśmy ukrywać pastę z koki, bo policja i wojsko mogłyby nas wsadzić do więzienia".

Pasta to bardziej skoncentrowana forma koki, wykorzystywana do produkcji kokainy. Plantatorzy mogą zarobić na niej więcej niż na sprzedaży surowych liści.

Bejarano mówi, że odejście od uprawy koki dało jej spokój ducha: „Chodzę, gdzie tylko chcę. Nie mam powodu, by się ukrywać".

Dodaje, że wielu z jej sąsiadów korzysta z rządowego wsparcia, by promować i sprzedawać swoje legalne zbiory.

Doralba Bejarano - kobieta w średnim wieku o długich czarnych włosach - uśmiecha się do obiektywu. Ma na sobie różową koszulkę i czarną czapkę z daszkiem z logo miejscowej agencji samorządowej. W tle tętniący życiem miejski plac.
Podpis zdjęcia, Doralba Bejarano mówi, że rezygnacja z uprawy koki dała jej spokój ducha

Sytuację utrudniają czynniki wykraczające poza granice Kolumbii: w USA, Europie i na nowych rynkach w innych częścia świata utrzymuje się ogromny popyt na kokainę.

„Obecnie popyt rośnie; pojawi się zatem podaż, która go zaspokoi," powiedział Michael Weintraub, współdyrektor Centrum Badań nad Bezpieczeństwem i Narkotykami na Uniwersytecie Andów w kolumbijskiej Bogocie.

„To oznacza, że w przewidywalnej przyszłości Kolumbia będzie uprawiać kokę," dodał.

Weintraub opisał sytuację bezpieczeństwa w Kolumbii jako „niestabilną". Dodał, że utrudnia to skuteczne funkcjonowanie programów zastępowania upraw na wielu obszarach wiejskich.

Porozumienie pokojowe z 2016 roku doprowadziło do rozwiązania znacznej części FARC. Powstałą próżnię wypełniły jednak inne ugrupowania zbrojne, które często kontrolują dziś szlaki przemytu i lokalną gospodarkę.

Obecny rząd stara się rozwiązać ten problem przez politykę „całkowitego pokoju": prowadząc negocjacje pokojowe ze wszystkimi ugrupowaniami zbrojnymi i przestępczymi. Jednak według analityków postępy są ograniczone.

W ubiegłym roku rząd rozpoczął wdrażanie na obszarach pilotażowych programu zastępowania upraw „RenHacemos". Ma on rozwinąć wcześniejszy program PNIS i wyeliminować jego niedociągnięcia.

Rolnicy nadal będą otrzymywać wsparcie finansowe. Program kładzie jednak nacisk także na dywersyfikację lokalnych gospodarek, wykraczającą poza samą substytucję upraw.

Szersza pomoc ma objąć modernizację dróg, dostęp do kształcenia wyższego, łączność cyfrową i lepsze warunki mieszkaniowe.

„Koka to biznes," mówi Gloria Miranda, dyrektorka kolumbijskiej agencji rządowej odpowiedzialnej za zastępowanie nielegalnych upraw.

„To przedsięwzięcie o charakterze przestępczym - ale funkcjonuje jak każdy inny biznes. Program RenHacemos ma na celu zastąpienie nie tylko samych roślin koki, ale całej związanej z nimi gospodarki – od przetwórstwa i agroprzemysłu po transport i logistykę".

Jednak wielu analityków kwestionuje, czy podejście rządu może skutkować trwałymi zmianami. Według Marína Llanesa ciągły wzrost areału koki pokazuje, że kolejne interwencje nie odniosły sukcesu.

Perea wątpi, czy rządowe wsparcie dotrze w najbliższym czasie do niego i sąsiadów.

„Państwo całkowicie nas porzuciło," mówi. Jego zniszczoną drewnianą chatę otaczają krzewy koki. „Żyjemy z dnia na dzień, czasem brakuje nam nawet jedzenia".

Mówi, że na razie planuje dalszą uprawę koki – nie dlatego, że jest przestępcą, ale dlatego, że nie widzi innego wyboru.

„Nie jesteśmy handlarzami narkotyków. Gdybym był jednym z nich, nie żyłbym tak, jak żyję," dodaje.

Tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu użyto narzędzi AI, w ramach projektu pilotażowego.

Edycja: Joanna Kozłowska