Podróże w pojedynkę i dzielenie pokoi: życie na niższych szczeblach tenisa

Źródło zdjęcia, Getty Images
- Autor, Jonathan Jurejko
- Stanowisko, Korespondent ds. sportu
- Data publikacji
- Czas czytania: 3 min
Podróże w pojedynkę, spanie w furgonetce i dzielenie pokoi - niżej notowani tenisiści od dawna szukają sposobów, by oszczędzić na turniejach.
To jeden z powodów protestów czołowych zawodników French Open, którzy podczas turnieju domagali się zmian w systemie wynagrodzeń.
Grupa tenisistów z pierwszej dziesiątki - w tym Aryna Sabalenka, Coco Gauff i Jannik Sinner - nawołuje, by cztery turnieje wielkoszlemowe przeznaczały większą część przychodów na nagrody finansowe.
Sabalenka podkreśla, że nie chodzi o wyższe zarobki dla czołowych graczy, lecz „walkę o interesy niżej notowanych zawodników''.
„W zawodowym tenisie jest za mało pieniędzy,'' mówi brytyjska tenisistka Francesca Jones, która zajmuje obecnie 105. miejsce w rankingu.
„Nie do mnie należy decyzja, skąd mają pochodzić te środki. Ale zarabiamy za mało.
„Nie wychodzi się na zero, jeśli nie jest się w pierwszej 75., a i wtedy jest bardzo trudno.''
Zgadza się z tym Niemka Anna‑Lena Friedsam. Choć w 2016 r. była wśród najlepszych 50 zawodniczek, w ostatnich sezonach spędziła większość czasu poza pierwszą setką.
„To bardzo trudna branża. Nasz cały rok zależy od tego, ile zarobimy w turniejach wielkoszlemowych,'' powiedziała BBC Sport.
'By pokryć koszty, muszę zarabiać około 300 tys. funtów rocznie'
Dla większości zawodników sprawa jest prosta: im wyższe wygrane, tym większe możliwości.
Brytyjczyk Toby Samuel zarobił w Paryżu 75 tys. funtów (ok. 367 tys. zł) po przejściu kwalifikacji i pierwszym w karierze awansie do głównej drabinki Wielkiego Szlema. To wystarczy, by sfinansować resztę sezonu.
„To właśnie na takich turniejach zarabia się prawdziwe pieniądze, które pozwalają rozwijać karierę i utrzymać swój zespół," mówi Samuel.
„Im lepiej radzisz sobie w Wielkich Szlemach i więcej zarabiasz, tym łatwiejsze staje się życie poza kortem. [Z kolei] to przekłada się na grę na korcie."
Największe wydatki to zatrudnienie trenera na pełen etat oraz współpraca z fizjoterapeutą.
„To wszystko dużo kosztuje. Mam wrażenie, że wielu ludzi spoza tenisa tego nie rozumie," mówi Australijczyk Rinky Hijikata, który wspomina, że oszczędzał nawet na posiłkach.
Friedsam szacuje, że musi zarobić około 300 tys. funtów (ok. 1,47 mln zł) w sezonie, żeby pokryć koszty.
Jeśli zarobi mniej, na kolejny turniej pojedzie bez trenera.
Australijczyk Tristan Schoolkate - jak wielu zawodników o podobnym rankingu - podróżuje klasą ekonomiczną, by ograniczyć koszty.
„Podróże są bardzo drogie. Nie wyobrażam sobie latania klasą biznes," mówi tenisista, który zajmuje obecnie 123. miejsce w rankingu.
„Jeśli jest taka potrzeba - na przykład jeśli gram następnego dnia - rozważam taką opcję. Ale płacę za to z własnej kieszeni, co znacząco podnosi koszty."
Znalezienie niedrogiego noclegu to kolejne wyzwanie dla zawodników, którzy rzadko dostają się do głównych drabinek wielkoszlemowych turniejów.
Brytyjczyk Billy Harris przez trzy i pół roku spał w swojej furgonetce.
„Miałem łóżko z tyłu, gotowałem przy drodze i nocowałem na parkingach McDonalda," mówił w rozmowie z BBC Sport w 2023 r.
Dlaczego gracze chcą podwyżek?
Obecne pokolenie zawodników uznało, że to właściwy moment, by rozwiązać narastający od ponad 20 lat problem wynagrodzeń.
W ubiegłym roku organizacja Professional Tennis Players' Association (PTPA) wszczęła działania prawne przeciw władzom tenisa, twierdząc, że działa w imieniu wszystkich zawodników.
Według PTPA organizacje zarządzające tenisem w USA, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej nie przeznaczają wystarczających środków na nagrody pieniężne. Organizacja przekonuje, że pod względem zarobków tenisiści nie dorównują reprezentantom innych dyscyplin.
Zarówno ATP, jak i WTA - główne organizacje zarządzające męskimi i damskimi rozgrywkami - bronią swojej polityki. Twierdzą, że zapewniają tenisistom odpowiednio wysokie nagrody i stabilność finansową.
Organizatorzy wielkoszlemowych turniejów przekonują, że już teraz przeznaczają około 15% przychodów na nagrody i inwestują w nowoczesną infrastrukturę.
Najlepsi zawodnicy chcą jednak, by wydatki na nagrody wzrosły do 2030 r. do około 22% przychodów.
W ramach protestu przed French Open zawodnicy ograniczyli wystąpienia medialne do 15 minut.
Dalsze negocjacje mają odbyć się w Paryżu w przyszłym tygodniu.
Tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu użyto narzędzi AI, w ramach projektu pilotażowego.
Edycja: Julita Waleskiewicz










