Nominacja Mandelsona ponownie staje się problemem dla brytyjskiego premiera

Obraz kompozytowy Keira Starmera i Petera Mandelsona

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images

Podpis zdjęcia, Keir Starmer (po lewej) i Peter Mandelson
    • Autor, Chris Mason
    • Stanowisko, Redaktor polityczny
  • Czas czytania: 3 min

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer ma stawić się dzisiaj w Izbie Gmin, gdzie odpowie na pytania dotyczące weryfikacji lorda Mandelsona.

Starmer wielokrotnie zapewniał posłów, że w trakcie mianowania lorda Mandelsona na stanowisko ambasadora USA w grudniu 2024 roku dopełniono „pełnej należytej procedury".

Jednocześnie oświadczył, że był „zdumiony", gdy w ubiegłym tygodniu dowiedział się, że urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych zatajili przed nim informacje o sygnałach ostrzegawczych ujawnionych we wstępnym procesie weryfikacji.

Wobec wezwań do jego dymisji ze strony wszystkich liderów opozycji brytyjski premier zobowiązał się do „pełnej przejrzystości", próbując wyjaśnić, co się wydarzyło.

Decyzja premiera o wysłaniu lorda Mandelsona do Waszyngtonu jest dla Keira Starmera niczym horror odtwarzany w kółko.

Cała saga kosztowała już kolejną osobę stanowisko — Olly'ego Robbinsa, najwyższego rangą urzędnika w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Są też tacy — zarówno na ławach opozycji, jak i w Partii Pracy — którzy uważają, że wkrótce może ona kosztować stanowisko również samego premiera.

Oto tło wydarzeń.

Krótko po 15:00 czasu brytyjskiego letniego (BST) w czwartek dziennik „Guardian" opublikował artykuł, w którym stwierdzono, że lord Mandelson nie przeszedł procedury weryfikacji bezpieczeństwa, jednak decyzja ta została uchylona przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Natychmiast skontaktowałem się z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, Downing Street, zespołem ówczesnego szefa dyplomacji Davida Lammy'ego oraz z Kancelarią Rządu. Przez blisko trzy godziny żadna z tych instytucji nie podjęła rozmowy.

Zwykle, gdy publikacja zawiera nieścisłości lub wyciąga wnioski uznawane za nierozsądne, mój telefon dzwoni w ciągu kilku sekund. Tym razem jednak tak się nie stało.

Partie opozycyjne szybko uznały, że coś musi być na rzeczy w doniesieniach „Guardiana" i jedna po drugiej występowały przed kamerami, twierdząc, że premier wprowadził Izbę Gmin w błąd, a jeśli zrobił to świadomie, powinien podać się do dymisji.

Gdy zmierzałem do studia, by relacjonować sprawę w „BBC News at Six", na moim telefonie pojawiło się oświadczenie rządu.

Stwierdzono w nim, że ani premier, ani żaden z ministrów nie mieli pojęcia o takim wyniku procedury.

Partie opozycyjne ponownie stanęły przed kamerami i mikrofonami.

Jak to możliwe — pytali — że premier wykazał tak niewielkie zainteresowanie przebiegiem całego procesu?

Premier ma zwrócić się do Parlamentu, najpewniej w poniedziałek, aby odnieść się do tej sprawy — oraz do tego, co wiedział i kiedy się o tym dowiedział. Jak słyszę, informację tę otrzymał we wtorek wieczorem w ramach rządowego procesu przeglądu dokumentów dotyczących lorda Mandelsona, których publikacji zażądał Parlament.

Z tego, co rozumiem, Keir Starmer jest absolutnie wściekły. Kilka osób, z którymi rozmawialiśmy i które pracowały wówczas przy Downing Street 10, zapewnia, że nie miały o tym wszystkim pojęcia. Współpracownicy Morgana McSweeneya, ówczesnego szefa sztabu premiera, twierdzą, że on również o tym nie wiedział.

Co więcej, jak słyszę, sam lord Mandelson także nie był tego świadomy.

Sugestia ze strony rządu jest taka, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych wiedziało o sprawie, ale nikogo o niej nie poinformowało — a przynajmniej nie dopilnowało, by poinformowani zostali minister spraw zagranicznych lub premier.

To właśnie miało skłonić Keira Starmera oraz minister spraw wewnętrznych Yvette Cooper do odwołania Olly'ego Robbinsa. Nie usłyszeliśmy jeszcze jego stanowiska w tej sprawie.

Robbinson stawi się we wtorek przed Komisją Spraw Zagranicznych, aby złożyć wyjaśnienia dotyczące sposobu przeprowadzenia weryfikacji lorda Mandelsona.

Niektórzy zastanawiają się, czy sedno sprawy może polegać na tym, że opinia dotycząca weryfikacji bezpieczeństwa nie była jednoznaczna, lecz Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznało ją za równoznaczną z jej negatywnym wynikiem dla lorda Mandelsona, podczas gdy inni takiej interpretacji nie podzielali. To jednak nie wyjaśnia, dlaczego wnioski wyciągnięte przez resort nie zostały przekazane dalej.

Zespół BBC skontaktował się z posłami Partii Pracy, aby zapytać, jak oceniają całą sytuację.

„Myślę, że doszliśmy do momentu, w którym stwierdzenie, że premier żył w błogiej nieświadomości, jest najlepszym wyjaśnieniem. Na tym obecnie stoimy," powiedział jeden z nich.

„Brak mi słów," stwierdził inny.

„Z pewnością gabinet widzi już, że to koniec," powiedział trzeci, od dawna krytyczny wobec Downing Street, odnosząc się do przyszłości premiera i sugerując, że nie powinna ona trwać długo.

Szczerze mówiąc, to ostatnia rzecz, jakiej premier teraz potrzebuje. I to nie koniec tej sprawy.

Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, jako część projektu pilotażowego.

Edycja: Kamila Koronska